Nazywam się monika cieślakowska

Moja droga od cierpienia do spełnienia

Jestem kobietą, która wiele razy się rozsypała – i równie wiele razy podniosła. Nie dlatego, że byłam silna. Ale dlatego, że w końcu przestałam uciekać od siebie.

Projekt „Kobieta w drodze do siebie” nie powstał z potrzeby stworzenia kolejnej przestrzeni rozwojowej. On zrodził się z prawdziwego życia – z bólu, który rozrywał od środka, z łez, które przez lata nie miały prawa wypłynąć, z ciała, które wołało: „Wystarczy”. Ale też z wewnętrznego szeptu, który – mimo wszystko – nie umilkł. Tego szeptu, który mówił: „To jeszcze nie koniec. To dopiero początek.”

Dziś zapraszam inne kobiety do tej podróży, bo sama nią przeszłam. Nie teoretyzuję. Nie rzucam haseł w stylu: „Wystarczy, że pokochasz siebie”. Wiem, że zanim pojawi się miłość do siebie, trzeba najpierw przebić się przez warstwy wstydu, lęku, żalu, wściekłości i tego paraliżującego poczucia, że jest się „nie dość”.

Znam to. Byłam tam. I nie zamierzam udawać, że było łatwo.

Byłam „tą drugą”, byłam „tą, która przymyka oczy”, byłam „tą, która wszystko ogarnia” i „tą, która się nie skarży”. Uśmiechnięta, zorganizowana, „ogarnięta” – a w środku martwa. Z depresją, którą można było przykryć makijażem, z bezsennością, którą zatykało się kawą, z ciałem, które w końcu powiedziało dość.

Doświadczyłam przemocy emocjonalnej, przestępstwa niealimentacji, rozwodu, mobbingu w pracy. Byłam „silna” tak długo, aż zrozumiałam, że ta siła jest przemocą wobec samej siebie. I dopiero wtedy zaczął się mój prawdziwy powrót do siebie – nie na pokaz, nie dla innych, ale naprawdę. Po swojemu. Z każdą emocją, którą wcześniej wyprasowywałam jak niedopasowany materiał.

To nie był szybki proces. Nie było spektakularnej transformacji „w weekend”. Była raczej droga: powolna, wymagająca, ale też pełna spotkań, które odmieniają wszystko. Jednym z nich była terapia grupowa, która odmieniła moją relacyjność i pokazała mi, że mogę budować głębokie, bezpieczne więzi.

Dziś już nie jestem „tą drugą”, „tą grzeczną” ani „tą silną”.
Jestem sobą. I to wystarczy.

W pracy coachingowej i mentoringowej łączę wiedzę z zakresu relacji, stylów przywiązania i emocjonalnej dojrzałości z doświadczeniem kobiety, która przeszła przez ogień, żeby teraz żyć z ogniem w sercu – a nie w lęku. Nie uczę, jak być „lepszą wersją siebie”. Pokazuję, jak wrócić do tej prawdziwej, autentycznej, często zapomnianej wersji – tej, która była z Tobą od zawsze.

Nie jestem dla każdej kobiety. I nie każda kobieta będzie gotowa na tę podróż.
Ale jeśli czujesz, że moje słowa coś w Tobie poruszają – to znaczy, że to może być ten moment. Moment, w którym nie musisz już się zbierać w całość, ale możesz rozpaść się bez lęku. Bo właśnie tam zaczyna się Twoja prawdziwa droga do siebie.

Jeśli jesteś gotowa – zapraszam.
Bez masek, bez wstydu, bez presji.
Z odwagą, której być może jeszcze w sobie nie czujesz – ale ja już ją widzę.

Przewijanie do góry